“ODROBINA INFORMACJI DLA TYCH, KTORZY POSZUKUJA “SWOJEGO” MIEJSCA NA ZIEMI,CZYLI CHCA UCIEC ZE SKORUMPOWANEGO ILLINOIS-
-KORESPONDENCJA KOLEGI PODROZNIKA WOJTKA, ZE STANU OREGON, DO KOLEZANKI ANKI Z CHICAGO, KTORA OREGON BIERZE POD UWAGE, JAKO MIEJSCE, GDZIE MOZNA UCIEC…:
W depresje wpada sie w Portland i Seattle z powodu zachmurzenia. Ja to autentycznie odczuwam, gdy rozmawiam z ludzmi mieszkajacymi w Seattle. W srode bylem w Portland i faktycznie bylo szaro i pochmurnie. Ja mieszkam w Hood River, ktore ma idealna pogode, tzn. slonce z kilkoma chmurkami, lekki wiatr z gor, 70 – 80 w ciagu dnia i 60 w nocy, a do tego ani grama wilgoci (widno jest do 10 pm). Widoki sa przepiekne bo mieszkam i pracuje w okolicy Columbia River; po stronie Washington mam widok na zasniezony Mt. Adams, a po stronie Oregon mam sniezny Mt. Hood. Jutro wybieram sie do Mt. St. Helens & Wenatchee County, ale dzisiaj spal bede na wysokosci ok 1000′ ponad The Dalls, ponad winnicami i sadami czeresniowymi i jablkowymi, w totalnej ciszy. ( Refleksja Anki: winnice I jablka – czas pakowac walizki…).
Niemniej jednak, masz racje, ja tu wpadam w k—-wice i depresje, ale nie z powodu pogody, lub widokow, ale moich wspolpracownikow i firmy. Ci ludzie sa tak znudzeni tym co maja i robia, ze robia widly z igly (wielkie ryby w kaluzy, a do tego typowo nie wiadomo,komu mozna wierzyc).
Ja tutaj jestem w weekend’y, za ktore firma mi nie placi, a jesli sie nie myle, to weekendy sa moje. Do tego jeszcze dostaje telefony od bosa o 10 pm informujace mnie o pracy na przyszly dzien. To jest bardzo familijne, ale mnie nikt oficjalnie nie adoptowal i to mnie dobija, bo nie mam prywatnosci. Ciekaw jestem co na to urzad pracy. Ja juz nawet zaproponowalem firmie, by mnie tu przeniesli, ale oni totalnie do tego sie nie ustosunkowali. Wrecz odwrotnie – postanowili sobie, ze jak mi to powiedzial tutejszy boss, beda mnie sobie wypozyczac z Chicago.
Co ciekawe, to moze to, ze tutejsze spoleczenstwo ma bzika na punkcie Subaru (jakiejkolwiek masci) i zakladania bagaznikow na dachu aut, choc w tych bagaznikach nic nie ma (ale musi byc marki Thule). Wiekszosc tutejszych to cos na styl hippisow, ale juz zjechanych i oswojonych, w niektorych wypadkach z kasa, ale w wiekszosci bez. Mieszkaja sobie w domkach posrod gor, dzieci ganiaja zasmarkane i wybabrane, ale oswojone z natura.
Mozna tu sie objesc naturalami z lewa i prawa (grzyby, ryby, pomidory, rzodkiewki, rzepy, czeresnie i truskawki… ba, nawet pyszna pizza z czerwonych burakow) podczas targu farmerskiego. (REFLEKSJA ANKI: za ile mozna kupic dzisiaj bilet lotniczy, aby dolaciec na ten targ?).
Ja go nazywam, freak show, dlatego bo gdyby cos takiego pokazalo sie w Chicago, wiekszosc uczestnikow zostalaby zaaresztowana za wyglad i zapach, a ich wyroby za zbytnia swiezosc, tudziesz podejzenie o podobienstwo do narkotykow (maki od czerwieni po biel rosna przy kazdej drodze, a roze, jak dzungle zarastaja front-jardy). Tak tez przy straganach stoja Indianie sprzedajacy lososie prosto z Columbia, obok nich jakies takies babcie, jak w Polsce na wsiach – w czarnych chustkach na glowach i sukienkach do lydek, o zmeczonych oczach i wyrzezbionych wiatrem twarzach.
Gdzies tam brzdaka gitara i zawodzi dziewczyna w rajstopo-kalesonach, Airwalkach i z piorem orlim we splatanych wlosach spadajacych jak morskie see weeds, poza pas.( Ta wizje radze ukryc przed mezem glodnym hippisowskich wspomnien – juz nawet na tani bilet lotem nie poczeka, tylko Greyhound’em ucieknie od starej, zrzedzoncej zony, ktora zapomniala o swoim hippisowskim rodowodzie.) Wtoruje jej facio o wygladzie himalaisty i natchnieniu Buddysty (ktory nie stroni od piwa i pieknych kobiet z poobijanymi kolanami i lydkami pokrytymi ranami), z wielkim afro na glowie, w ktorym bez watpienia zamieszkala rodzina orlow. Ich spiew, chocby najpiekniejszy, malo kto slyszy, bo zaglusza ich cwierkot ptakow.
Z tego co sie zorientowalem, najwieksza ilosc klientow stanowia sami sprzedawcy, ktorych znudzil brak obrotow biznesowych. Chodza tak wiec od straganu do straganu, to zerkna na organiczny smar do rowerow gorskich, to znowu na naturalna odrzywke dla rowerzystow gorskich, ktorej smak przypomina smar do rowerow. Malo miedzy soba wymieniaja pieniedzy, a najwiecej to chyba pogladow i wiosel do kajakow, lub siodelek do wspomnianych wczesniej rowerow gorskich. Oczywiscie rowery tez sie wymienia, ale glownie na yard & garage salach, ktore odbywaja sie na co-drugim trawniku.
Dzisiaj o 6:30 rano obudzila mnie chmara ludzi, zlozona z niedoslyszacej emerytki – sasiadki, malzenstwa eleganckiej murzynki i lysego bialego w sandalach – znajomych wlascicieli domu, w ktorym mieszkam, oraz mniej zidentifikowanych Latynosow, ktorzy albo sie zgubili, albo zostali zaangarzowani do pomocy przy urzadzeniu yard sale-u tuz pod moja sypialnia. Z tego co zrozumialem, znajomi potrzebowali bardziej widoczna lokacje na yard sale. Rowerow tym razem jednak nie bylo, ale pod drzewkiem znalazy sie, miedzy innymi, dwa telewizory;( miejmy nadzieje, ze owe telewizory odbieraja po hiszpansku, bo w Oregonie przyszlosc nie nalezy do dzieci, lecz do Latynosow).
Jak wykazaly moje inspekcje w Walmarcie, oraz podczas mszy w lokalnym kosciele katolickim, dzieci juz rodza dzieci i to z wieksza czestotliwoscia niz co 9 miesiecy. Na palcach dwoch rak policzylem wszystkich ojcow posrod wypelnionego po chor i sciany dobra piecsetka Meksykanow kosciola w Dzien Ojca.
Modlmy sie wiec, ze narkomani latynowscy zaadoptuja alternatywne style zycia z tutejszych okolic i beda strzelac i podcinac gardla zwierzynie dzikiej, tudziesz chodowlanej, a nie niewinnie pasywnie agresywnej, i tak juz zanikajacej, populacji tubylczej.
Dodam jeszcze tylko tyle, ze kalifornijskie, jak i teksaskie, slozby ochrony pogranicza nie powinny marnowac czasu poszukujac zdesperowanych imigrantow meksykanskich przedzierajacych sie przez gory, rzeki i tunele w nadziei ucieczki od feudalnego systemu rzycia w ich ojczyznie w nadziei zaszczepienia jezyka hiszpanskiego i tradycji latynowskich w Oregonie i Washingtonie. Jedna wizyta na parkingu Juanita’s Market w Hood River podwoilaby roczna kwote bez wiekszych problemow biorac pod uwage, ze aresztowania odbylyby sie w owopolnym zrozumieniu i akceptacji jako ze znaczna czesc tutejszej klienteli koczuje na parkingu tutejszego shopping mall’u w potrzebie zdobycia jakiegokolwiek srodka transportacji w celach odwiedzenia rodziny w, lub powrotu do Meksyku.(Z tego wniosek, dla Polakow zamieszkalych w Chicago dobrym punktem lapanki powinien byc rog Milwaukee/Belmont – a moze sie myle?)
Konczac dodam juz tylko (bo akurat moj boss juz dwa razy dzwonil po mnie), ze najlepszego lososia zjesc mozna w Mesquittery, restauracji prowadzonej przez Polakow z Chicago, tudziesz Gdanska i Krakowa. Ach, zanim moj boss mnie tu nawiedzi, musze jeszcze rzucic okiem na szalencow surfujacych przy pomocy zagli i spadochronow, ale to juz kiedy indziej, bo nie chce juz spotkac mojego rodzinnego bossa.
Tak to wlasnie wyglada. Wracam 30 czerwca do Chicago i mam nadzieje, ze nastepny wyjazd bedzie na Hawaje i nikt mi sie w to nie wpitoli.
Pozdrawiam - Niezalezny Korespondent Wojtek D. dla przyjaciol w Chicago. Czerwiec 2011.”
Click to view slideshow.
[materiał opublikowany za zgodą nadawcy i adresata]

Original post by Ivo Widlak